Witajcie Drodzy moi!
Dzień wolny, długi, spokojny, leniwy. Rano sprawy codzienne - pranie, sprzątanie (które co 2 tyg. trafia się mi) a popołudniu wyprawa na Famarę z nadzieją, że prognoza pogody jednak się myli i wiatru nie będzie.
Myliła się moja nadzieja - wiatr był. Chmury też. Dlatego mimo ,że pojechałam spotkać się ze znajomym surferem, który pracuje też czasem jako instruktor, zrezygnowałam z wejścia do wody, bo było mi po prostu chłodno. Poprawiłam trochę technikę wstawania z deski na brzegu i tyle.
Resztę popołudnia spędziłam na przygotowywaniu tortilli,a właściwie czekaniu aż mój znajomy ją przygotuje (znajomy Conejero - urodzony, wychowany na Lanzarote) a ja ją zjem ;)
Co do tortilli ( swoją drogą tortilla czyta się "tortija" - podwójne L czy ta się jak J, przynajmniej w Hiszpanii) w zeszłym tyg. podjęłam wyzwanie zrobienia jednej. Wzięłam przepis, kupiłam składniki (jajka,ziemniaki, cebulę) i przygotowałam się mentalnie.
Wszystko wydawało się proste i piękne - ziemniaki (pyry ;) ) to w końcu specjał mojego polskiego regionu, jajka to jajka a smażenie cebuli mam w małym palcu. Ale życie udowodniło mi,że to wcale nie takie ziemniaki i jajka. Pierwsza tortilla została przeze mnie spalona, druga wyszła lepsza, a trzecia do zjedzenia. Oka nacieszyć się nią nie dało, ale za to dało się trochę nacieszyć żołądek. Trudność polega na nie spaleniu jajek i dobremu usmażeniu czy ugotowaniu wcześniej ziemniaków. Ponadto właściwe proporcje i doświadczenie - szczególnie w przewracaniu jej na drugą stronę.
Osobiście tortille uwielbiam i jutro mam zamiar zrobić kolejną. Nie poddam się! Dla tego smaku warto :)
Dobranoc
O mnie
- Agatos Polacos
- Joginka zakochana w poznawaniu kultur, językach: obcych i tym ojczystym oraz pisaniu w nich niestworzonych rzeczy. Od ponad 2 lat mieszkająca na wulkanicznej Lanzarote. Masz pytanie?Chcesz się ze mną czymś podzielić? NAPISZ DO MNIE! lanzarote.blog@gmail.com
poniedziałek, 12 września 2011
czwartek, 1 września 2011
FAMARA - coroczny cykl imprez + idealny dzień surfingowy Agaty :)
31/08/2011 (pisane w ostatnim dniu sierpnia)
Kolejny piękny dzień na Lanzarote. Tym razem i nawet piękniejszy, bo wolny. Mogłabym rzec wręcz, że dzień idealny, bo pogoda dopisała, się popisała i oh i ah. Dzień był (jest) cudny - nie dość, że się wyspałam i pozałatwiałam parę zaległych spraw to, przede wszystkim, wybrałam się na moją ulubioną Famarę.A ona przywitała mnie idealnymi do nauki surfingu warunkami! Co do surfowania - bez dwóch zdań a w dwóch prostych (i bardzo popularnych) słowach – LUBIĘ TO!
Uwielbiam i za każdym razem zadziwia mnie spokój umysłu jaki wynoszę z wody. Myślę, że to dzięki magicznym, oczyszczającym umysł właściwościom oceanu jak i medytacyjnym charakterze surfingu. Skupienie, którego wymaga, koncentracja na każdym momencie – czy spadasz do wody, czy wdrapujesz się powrotem na deskę, czy tym bardziej przygotowujesz się do złapania fali, w każdej sekundzie jest się totalnie. I oprócz mnóstwa soli w nosie i gardle wynosisz właśnie TEN spokój, spokój medytacyjny czystego skupionego umysłu.
Uwielbiam i za każdym razem zadziwia mnie spokój umysłu jaki wynoszę z wody. Myślę, że to dzięki magicznym, oczyszczającym umysł właściwościom oceanu jak i medytacyjnym charakterze surfingu. Skupienie, którego wymaga, koncentracja na każdym momencie – czy spadasz do wody, czy wdrapujesz się powrotem na deskę, czy tym bardziej przygotowujesz się do złapania fali, w każdej sekundzie jest się totalnie. I oprócz mnóstwa soli w nosie i gardle wynosisz właśnie TEN spokój, spokój medytacyjny czystego skupionego umysłu.
Warunki miałam idealne zarówno do nauki jak i do relaksu – zero wiatru, fale takie akurat i słońce, które często na tej plaży zasłonięte jest chmurami.
Więc zarówno mogłam nacieszyć się wodą jak i słońcem. Dzień zakończyłam poległa na materacu wewnątrz vana mojej znajomej podziwiając piękny widok na La Graciosę ( maleńka wyspa obok Lanzarote, nie zawsze tak dobrze widoczna) i czytając książkę.
Cieszy mnie nadchodzący wrzesień, bo, jak wszyscy mówią, cichnie wiatr i warunki do nauki surfowania są bardzo dobre. Zatem płakać za lipcem i sierpniem nie będę ;)
Famara znana ze swojego spokoju (i za to właśnie ją tak lubię) – braku hoteli i ruchu turystycznego z wyjątkiem ludzi przyjeżdżających na surf czy kitesurf (mnogość szkół i wypożyczalni sprzętu), jednak ostatnio trochę się tam działo – zarówno w dzień jak i w nocy.
Od 19 do 28 sierpnia odbywał się tam i w pobliskich pueblos coroczny cykl imprez – zarówno w dzień jak i w nocy. W dzień organizowane były przeróżne zajęcia sportowe, warsztaty, ale także takie aktywności jak sprzątanie plaży. Wieczór należał już do czystej zabawy – koncerty, muzyka i mnóstwo ludzi. Niestety mogę napisać tylko to co znam z opowiadań,bo nie mogłam odwiedzić Famary w tych dniach. Jestem jednak pewna, że jest to jeden z okresów, w którym Famara najbardziej tętni życiem.
Od 19 do 28 sierpnia odbywał się tam i w pobliskich pueblos coroczny cykl imprez – zarówno w dzień jak i w nocy. W dzień organizowane były przeróżne zajęcia sportowe, warsztaty, ale także takie aktywności jak sprzątanie plaży. Wieczór należał już do czystej zabawy – koncerty, muzyka i mnóstwo ludzi. Niestety mogę napisać tylko to co znam z opowiadań,bo nie mogłam odwiedzić Famary w tych dniach. Jestem jednak pewna, że jest to jeden z okresów, w którym Famara najbardziej tętni życiem.
Tutaj wstawiam program i zmykam z tarasu do domu żeby coś zjeść (i nie będzie to gofio :) )
Hasta la proxima!
czwartek, 11 sierpnia 2011
Kalimo, daj żyć!
Oto przyszła ona - wszechogarniająca, dusząca, odzierająca z sił - Kalima czyli piach z marokańskiej części Sahary przysłany do nas wraz z wiatrem. Oto co mówi ciocia Wikipedia:
Kalima jest związana z burzami piaskowymi nad Saharą i transportem pyłów przez wschodnie wiatry. W czasie Kalimy na Wyspach Kanaryjskich widzialność spada (przypomina mgłę) i drobne cząstki pyłu pokrywają ulice, domy i inne obiekty.
Dla mieszkańców Wysp Kanaryjskich Kalima oznacza suche i gorące powietrze i temperaturę która przekracza 40 st. C.
Widoczność rzeczywiście spada znacząco, chociaż to, co jest teraz to podobno i tak nic - tak mówią Tutejsi. Natomiast co do samopoczucia to rzeczywiście - fatalne... Ja osobiście 2 dni temu ewidentnie czułam się na skraju choroby i przespałam 15 h. Wczoraj natomiast w pracy - pomijając jej ogrom i nawał, czułam się zupełnie zdekoncetrowana, bez energii, trzęsły mi się ręce... Zupełnie nie rozumiałam co się ze mną dzieje (tym bardziej po 15h snu!) aż koleżanka z pracy uświadomiła mi - Kalima.
Tej nocy, żeby było ciekawiej, nie mogłam spać mimo niesamowitego zmęczenia. Przekręcałam się z boku na bok aż w końcu z bezsilności o 5 nad ranem weszłam na matę i zrobiłam godzinę jogi i zasnęłam na 2,5 godziny. Dziś jest jakby lepiej, ale postanowiłam też się nie dać. Pójdę popływać, schłodzić się i psychicznie wgram sobie program antykalimowy! No bo tak być nie może!
Kalima jest związana z burzami piaskowymi nad Saharą i transportem pyłów przez wschodnie wiatry. W czasie Kalimy na Wyspach Kanaryjskich widzialność spada (przypomina mgłę) i drobne cząstki pyłu pokrywają ulice, domy i inne obiekty.
Dla mieszkańców Wysp Kanaryjskich Kalima oznacza suche i gorące powietrze i temperaturę która przekracza 40 st. C.
Widoczność rzeczywiście spada znacząco, chociaż to, co jest teraz to podobno i tak nic - tak mówią Tutejsi. Natomiast co do samopoczucia to rzeczywiście - fatalne... Ja osobiście 2 dni temu ewidentnie czułam się na skraju choroby i przespałam 15 h. Wczoraj natomiast w pracy - pomijając jej ogrom i nawał, czułam się zupełnie zdekoncetrowana, bez energii, trzęsły mi się ręce... Zupełnie nie rozumiałam co się ze mną dzieje (tym bardziej po 15h snu!) aż koleżanka z pracy uświadomiła mi - Kalima.
Tej nocy, żeby było ciekawiej, nie mogłam spać mimo niesamowitego zmęczenia. Przekręcałam się z boku na bok aż w końcu z bezsilności o 5 nad ranem weszłam na matę i zrobiłam godzinę jogi i zasnęłam na 2,5 godziny. Dziś jest jakby lepiej, ale postanowiłam też się nie dać. Pójdę popływać, schłodzić się i psychicznie wgram sobie program antykalimowy! No bo tak być nie może!
sobota, 6 sierpnia 2011
Samochody na Lanzarote czyli (nie) UWAGA auto!
Rozleniwiłam się. Nie było mnie tu od tygodnia. Robię sobie sjesty, leżę do góry brzuchem i chodzę na plażę. W przerwach między pracą a pracą oczywiście. Zwolniłam tempo. Uznałam, że skoro są wakacje a ja jestem właśnie tutaj, na mej miłej Lanzarote, to mam zamiar się trochę zrelaksować. Hiszpański styl siestowy wszedł mi w krew ;)Dni ostatnio sa piękne, stopień opalenia wzrósł, zadowolenia z życia również.
Styl prowadzenia na Kanarach
Dziś będzie krótko o zebrach. Tych, "leżących" na ulicy. A dokładnie o poczuciu bezpieczeństwa, jakie można tutaj bezczelnie mieć, przechodząc na drugą stronę jezdni. Nieustannie pozostaję zadziwiona tym, jak kierowcy traktują pieszych. Jest po prostu kulturalnie!
Samochody - nie uwierzycie - zatrzymują się i przepuszczają pieszych! Żeby tylko samochody...autobusy nawet! Bardzo mi się to podoba, chociaż pozostawiłam zaprogramowane mi w dzieciństwie patrzenie "lewo, prawo, lewo" zanim wejdę na jezdnię( tak na wszelki wypadek) to i tak mogę być pewna, że auto się zatrzyma.
A jeśli nie, to znaczy, że prowadzi turysta ;) Niby nic takiego, ale ja pozostaje nieustannie zdziwiona i nieustannie mi miło, gdy ktoś rezygnuje z przejechania mnie. Co smutne - w Polsce takie zachowanie to rzadkość. Pamiętajcie o przepuszczaniu pieszych na Lanza, bo oni są do tego przyzwyczajeni. Więc jazda przez przejście z założeniem,że jest inaczej może średnio się skończyć ;)
Na dziś koniec pisania, bo czeka na mnie potężny słownik angielsko hiszpański i El Pais. Czas się na nowe słownictwo, bo od nauki języka też mam sjestę i to już zdecydowanie za długo.
Hasta luego, muchachos!
Styl prowadzenia na Kanarach
Dziś będzie krótko o zebrach. Tych, "leżących" na ulicy. A dokładnie o poczuciu bezpieczeństwa, jakie można tutaj bezczelnie mieć, przechodząc na drugą stronę jezdni. Nieustannie pozostaję zadziwiona tym, jak kierowcy traktują pieszych. Jest po prostu kulturalnie!
Samochody - nie uwierzycie - zatrzymują się i przepuszczają pieszych! Żeby tylko samochody...autobusy nawet! Bardzo mi się to podoba, chociaż pozostawiłam zaprogramowane mi w dzieciństwie patrzenie "lewo, prawo, lewo" zanim wejdę na jezdnię( tak na wszelki wypadek) to i tak mogę być pewna, że auto się zatrzyma.
A jeśli nie, to znaczy, że prowadzi turysta ;) Niby nic takiego, ale ja pozostaje nieustannie zdziwiona i nieustannie mi miło, gdy ktoś rezygnuje z przejechania mnie. Co smutne - w Polsce takie zachowanie to rzadkość. Pamiętajcie o przepuszczaniu pieszych na Lanza, bo oni są do tego przyzwyczajeni. Więc jazda przez przejście z założeniem,że jest inaczej może średnio się skończyć ;)
Na dziś koniec pisania, bo czeka na mnie potężny słownik angielsko hiszpański i El Pais. Czas się na nowe słownictwo, bo od nauki języka też mam sjestę i to już zdecydowanie za długo.
Hasta luego, muchachos!
wtorek, 26 lipca 2011
Aloesu sadzenie
Chciałąm tylko powiedzieć, że ogródek wypielony i aloesik siedzi w ziemi i patrzy na mnie tymi swoimi pięknymi zielonymi łodygami. Mam nadzieję, że się przyjmie. Nie boję się bardzo, bo to mało wymagająca roślina, ale jednak mój pierwszy aloes w życiu. Zatem trzymajcie kciuki z jego pomyślny wzrost.
A tu zdjęcie mojego aloesowego dziecka podczas wybierania:
A tu zdjęcie mojego aloesowego dziecka podczas wybierania:
niedziela, 24 lipca 2011
Niedzielny targ w Villa de Teguise i pieczenie urodzinowego kan-ciasta!
O strojach znów nie będzie. Okazało się, że Tutejsi zapytani o tradycyjne stroje nie są w stanie udzielić mi informacji, których oczekuję... Dowiedziałam się tylko, że na Lanzarote są Los Magos, stroje nie mają jakiejś specjalnej nazwy, istnieje różnica między kapeluszem panny a kobiety zamężnej, a ta "mała gitarka" nazywa się Timple... Tyle na ten moment mogę napisać. Jeśli jest coś więcej o czym powinnam wiedzieć to będę dążyć do wyciągnięcia tych informacji i przekazania ich Wam.
Co do urodzinowego ciasta - zrezygnowałam z pieczenia - brak mąki ziemniaczanej w sklepach, która niezbędna mi była do zrobienia biszkoptu wg.przepisu od mej polskiej mamy, a przepis od znajomej, jako że nowy i nie wypróbowany, wolałam zostawić. Wybrałam się na poszukiwanie gotowych spodów do ciasta, ale oczywiście coś takiego tutaj nie istnieje. Skończyło się na tym, że kupiłam 2 serniki w proszku o różnych smakach i krem w proszku (był!) do dekoracji. Szybko, sprawnie i pewnie. Wyszło, smakowało. I spokój. Same urodziny spędziłam trochę w Arrecife na koncercie, który nie bardzo mi się podobał, a resztę na piciu wody w jednym z moich ulubionych barów "Slow Food" na moim Costa Teguise.
Dziś natomiast zrobiłam sobie prezent w postaci wycieczki do najstarszej części wyspy, byłej stolicy Lanzarote. Co niedzielę odbywa się tam wielki targ różności - głównie ubrań, biżuterii, wyrobów artystycznych, ale też lokalnych wyrobów spożywczych ( wino, kozi ser, warzywa...). Ku mej radości natknęłam się na stragan z sadzonkami aloesu, którego na wyspie jest wszędzie mnóstwo. Już jakiś czas temu pojawił mi się w głowie pomysł żeby zasadzić aloes w ogródku. Roślina ta znana jest ze swoich wspaniałych właściwości leczniczych, nawilżających, bakteriobójczych i w ogóle i w szczególe. Zatem zapragnęłam posiadać własny egzemplarz. Aloes pomaga na oparzenia, rany, blizny... Jutro zasadzę, później będę testować. Podobno można go też jeść, trzeba tylko wiedzieć jak go przygotować. Cieszę się bardzo, najpierw poczekam aż się przyjmie, później zaczytam się w przygotowywaniu do jedzenia czy okładania się. Na wyspie ( i na targu oczywiście też) powszechnie dostępne są kosmetyki z aloesu. To jedna z tutejszych specjalności, doskonałą rzecz na prezent. Ja jednak lubię to,co naturalne i będę próbować zrobić coś z roślinki sama.
Swoją drogą -sadzonka była bardzo tania - 2 euro...
Targ sam w sobie całkiem przyjemny, kuszona byłam przez wiele rzeczy, ale udało mi się oprzeć. Są ludzie, którzy mówią, że wiele rzeczy się powtarza i właściwie to nic specjalnego, ja jednak uważam, że rzecz godna uwagi i warto pojechać. Kupić można coś dla siebie i coś na prezent (zarówno z kosmetyków, przedmiotów ozdobnych jak i jedzenia).
Jeśli ktoś nie lubi tłumów polecam inny dzień na zwiedzanie Teguise.
Zresztą, wg. mnie żeby w pełni docenić urok tego miejsca należy wybrać się tam w inny, niż targowy, dzień. W spokoju można wtedy przespacerować się po uliczkach i placykach.
Link do oficjalnej strony o Villa de Teguise: http://www.teguise.com/fotos.html
Zrobiłam kilka zdjęć i mam nadzieję, że uda mi się je jak najszybciej zrzucić i umieścić na blogu.
A tymczasem ,borem,lasem żegnam się i powoli udaję się do domu. Po cudownej medytacji na plaży czuję, że czas na jakąś małą przekąskę i pobujanie się w moim tarasowym hamaku.
Buenas noches!
Co do urodzinowego ciasta - zrezygnowałam z pieczenia - brak mąki ziemniaczanej w sklepach, która niezbędna mi była do zrobienia biszkoptu wg.przepisu od mej polskiej mamy, a przepis od znajomej, jako że nowy i nie wypróbowany, wolałam zostawić. Wybrałam się na poszukiwanie gotowych spodów do ciasta, ale oczywiście coś takiego tutaj nie istnieje. Skończyło się na tym, że kupiłam 2 serniki w proszku o różnych smakach i krem w proszku (był!) do dekoracji. Szybko, sprawnie i pewnie. Wyszło, smakowało. I spokój. Same urodziny spędziłam trochę w Arrecife na koncercie, który nie bardzo mi się podobał, a resztę na piciu wody w jednym z moich ulubionych barów "Slow Food" na moim Costa Teguise.
Dziś natomiast zrobiłam sobie prezent w postaci wycieczki do najstarszej części wyspy, byłej stolicy Lanzarote. Co niedzielę odbywa się tam wielki targ różności - głównie ubrań, biżuterii, wyrobów artystycznych, ale też lokalnych wyrobów spożywczych ( wino, kozi ser, warzywa...). Ku mej radości natknęłam się na stragan z sadzonkami aloesu, którego na wyspie jest wszędzie mnóstwo. Już jakiś czas temu pojawił mi się w głowie pomysł żeby zasadzić aloes w ogródku. Roślina ta znana jest ze swoich wspaniałych właściwości leczniczych, nawilżających, bakteriobójczych i w ogóle i w szczególe. Zatem zapragnęłam posiadać własny egzemplarz. Aloes pomaga na oparzenia, rany, blizny... Jutro zasadzę, później będę testować. Podobno można go też jeść, trzeba tylko wiedzieć jak go przygotować. Cieszę się bardzo, najpierw poczekam aż się przyjmie, później zaczytam się w przygotowywaniu do jedzenia czy okładania się. Na wyspie ( i na targu oczywiście też) powszechnie dostępne są kosmetyki z aloesu. To jedna z tutejszych specjalności, doskonałą rzecz na prezent. Ja jednak lubię to,co naturalne i będę próbować zrobić coś z roślinki sama.
Swoją drogą -sadzonka była bardzo tania - 2 euro...
Targ sam w sobie całkiem przyjemny, kuszona byłam przez wiele rzeczy, ale udało mi się oprzeć. Są ludzie, którzy mówią, że wiele rzeczy się powtarza i właściwie to nic specjalnego, ja jednak uważam, że rzecz godna uwagi i warto pojechać. Kupić można coś dla siebie i coś na prezent (zarówno z kosmetyków, przedmiotów ozdobnych jak i jedzenia).
Jeśli ktoś nie lubi tłumów polecam inny dzień na zwiedzanie Teguise.
Zresztą, wg. mnie żeby w pełni docenić urok tego miejsca należy wybrać się tam w inny, niż targowy, dzień. W spokoju można wtedy przespacerować się po uliczkach i placykach.
Link do oficjalnej strony o Villa de Teguise: http://www.teguise.com/fotos.html
Zrobiłam kilka zdjęć i mam nadzieję, że uda mi się je jak najszybciej zrzucić i umieścić na blogu.
A tymczasem ,borem,lasem żegnam się i powoli udaję się do domu. Po cudownej medytacji na plaży czuję, że czas na jakąś małą przekąskę i pobujanie się w moim tarasowym hamaku.
Buenas noches!
wtorek, 28 czerwca 2011
Hiszpańska noc Świętojańska - La noche de San Juan
Po kilku dniach powracam, niestety jeszcze nie do końca zregenerowana po szalonym weekendzie w pracy. Czuję się troszkę chora. Wczoraj spałam w ciągu dnia kilka dobrych godzin a dziś w nocy 10... Trzeba się zregenerować, bo już od jutra wracam do pracy, więc liczę na to, że polski Fervex+dużo snu postawi mnie na nogi.
Dziś opisać chciałam noc zwaną od imienia świętego Juana (czyt. Huana ) - La noche de San Juan. Najkrótsza noc roku, pełna ognia i zabawy, czyli odpowiednik polskiej nocy świętojańskiej.
Lubię ogień, spotykane co jakiś czas mniejsze i większe ogniska wyglądały bardzo efektownie. Fajnie było widzieć Hiszpanów bawiących się na plaży. Jak to jednak to w życiu bywa – zawsze jest ktoś niezadowolony i przypuszczam, że tej nocy byli to strażacy. Wozy na sygnale mijały nas kilka razy.
Dziś opisać chciałam noc zwaną od imienia świętego Juana (czyt. Huana ) - La noche de San Juan. Najkrótsza noc roku, pełna ognia i zabawy, czyli odpowiednik polskiej nocy świętojańskiej.
Także tutaj na Lanzarote nie zabrakło ognia, który ma dodać słońcu mocy, aby nie skracało tak szybko dni. Wybrałyśmy się z koleżanką w stronę poleconej mi przez tubylców, wioski Las Caletas, zamieszkałej przez autochtonów. Dotarłyśmy na miejsce w samą porę żeby zobaczyć ogromny stos z drewna i kartonów zwieńczony dwoma kukłami (podobnymi trochę do naszej marzanny) i napisem „San Juan 2011, un año mas” czyli „San Juan 2011, jeden rok więcej”. Wioseczka malutka, nad oceanem, małe domki, pootwierane na oścież drzwi i okna, stoły z jedzeniem, muzyka, tańczący ludzie, gorąca atmosfera.
Około północy, na dwóch pokaźnych motorach przyjechali mężczyźni z pochodniami. Pośród powszechnej radości i oczekiwania polali stos benzyną i podpalili. Ogień był tak ogromny, że wszyscy powoli zaczęliśmy się cofać żeby skończyć oglądać spektakl pod ścianami domów – tak niesamowity buchał gorąc.
Około północy, na dwóch pokaźnych motorach przyjechali mężczyźni z pochodniami. Pośród powszechnej radości i oczekiwania polali stos benzyną i podpalili. Ogień był tak ogromny, że wszyscy powoli zaczęliśmy się cofać żeby skończyć oglądać spektakl pod ścianami domów – tak niesamowity buchał gorąc.
Impreza trwała w najlepsze, ale my obrałyśmy kierunek "dom" po drodze zahaczając o lokalny bar tapas, by rzucić na ząb jakąś torillkę i rybkę.
Lubię ogień, spotykane co jakiś czas mniejsze i większe ogniska wyglądały bardzo efektownie. Fajnie było widzieć Hiszpanów bawiących się na plaży. Jak to jednak to w życiu bywa – zawsze jest ktoś niezadowolony i przypuszczam, że tej nocy byli to strażacy. Wozy na sygnale mijały nas kilka razy.
Aparatu ze sobą nie miałam, jedynie koleżance udało się zrobić zdjęcie telefonem. Jest w rozmiarze mikro, ale coś tam można wypatrzeć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


