Witajcie Drodzy moi!
Dzień wolny, długi, spokojny, leniwy. Rano sprawy codzienne - pranie, sprzątanie (które co 2 tyg. trafia się mi) a popołudniu wyprawa na Famarę z nadzieją, że prognoza pogody jednak się myli i wiatru nie będzie.
Myliła się moja nadzieja - wiatr był. Chmury też. Dlatego mimo ,że pojechałam spotkać się ze znajomym surferem, który pracuje też czasem jako instruktor, zrezygnowałam z wejścia do wody, bo było mi po prostu chłodno. Poprawiłam trochę technikę wstawania z deski na brzegu i tyle.
Resztę popołudnia spędziłam na przygotowywaniu tortilli,a właściwie czekaniu aż mój znajomy ją przygotuje (znajomy Conejero - urodzony, wychowany na Lanzarote) a ja ją zjem ;)
Co do tortilli ( swoją drogą tortilla czyta się "tortija" - podwójne L czy ta się jak J, przynajmniej w Hiszpanii) w zeszłym tyg. podjęłam wyzwanie zrobienia jednej. Wzięłam przepis, kupiłam składniki (jajka,ziemniaki, cebulę) i przygotowałam się mentalnie.
Wszystko wydawało się proste i piękne - ziemniaki (pyry ;) ) to w końcu specjał mojego polskiego regionu, jajka to jajka a smażenie cebuli mam w małym palcu. Ale życie udowodniło mi,że to wcale nie takie ziemniaki i jajka. Pierwsza tortilla została przeze mnie spalona, druga wyszła lepsza, a trzecia do zjedzenia. Oka nacieszyć się nią nie dało, ale za to dało się trochę nacieszyć żołądek. Trudność polega na nie spaleniu jajek i dobremu usmażeniu czy ugotowaniu wcześniej ziemniaków. Ponadto właściwe proporcje i doświadczenie - szczególnie w przewracaniu jej na drugą stronę.
Osobiście tortille uwielbiam i jutro mam zamiar zrobić kolejną. Nie poddam się! Dla tego smaku warto :)
Dobranoc